wtorek, 15 kwietnia 2008
Zmiana adresu
niedziela, 13 kwietnia 2008
Olejek waniliowy
- Pamiętasz jak mam na imię dzieciaku? – zapytała swoim niskim, pewnym siebie głosem.
Zabolało go to „dzieciaku”, bo po pierwsze nigdy nikt tak do niego nie mówił, nikt nie był wobec niego tak protekcjonalny, a po drugie, byli najprawdopodobniej równolatkami, więc skąd to…
- Nie – przyznał ze skruchą w głosie. – Przepraszam.
- Nic nie szkodzi – naga piękność usiadła na krześle za biurkiem, skrzyżowała swe bosko długie nogi i zadała kolejne niewygodne pytanie – Pamiętasz jak się poznaliśmy i jak się tu znalazłam?
- Nie, nie pamiętam. - To było naprawdę upokarzające i gorsze od najgorszych koszmarów.
- Tam myślałam – uśmiechnęła się kobieta. – Jesteś słodki, wiesz?
Paweł pomyślał, że Bóg nie ma nad nim litości.
- Dlatego – ciągnęła piękna nie-Carla – zjem z tobą śniadanie i wyjdę zanim zupełnie cię zrujnuję.
- Zrujnujesz?
- Tak. Nie wydaje mi się by było cię stać na więcej niż dwanaście godzin ze mną – stwierdziła, bez żadnego zażenowania.
- Stać? - Paweł odłożył na stół patelnię z zupełnie zimną jajecznicą. – Ty jesteś…
- Tak, dokładnie. Jestem. – uśmiechnęła się kobieta. – Ale z jednej z najwyższych półek, jeśli cię to pociesza dzieciaku.
Informacja, że oto siedzi przed nim luksusowa prostytutka, docierała do Pawła stopniowo. Po kawałeczku. Świadomość tego, że po raz pierwszy w życiu będzie płacił za seks docierała do niego jeszcze wolniej. Jak to się w ogóle stało? Gdzie on ją znalazł? Dlaczego Maciek nic mu nie powiedział?
- Ile powinienem zapłacić? – zapytał niemalże szeptem. Czuł się jak bohater jakiegoś dziwnego filmu.
Kobieta podniosła z podłogi swoją torebkę, z której wyjęła małą tekturową podstawkę do piwa. Paweł zobaczył na tekturce swoje, mocno chwiejne pismo: Pieniądze nie grają roli. Kocham Cię i chcę z Tobą spędzić noc. Mam pełną świadomość, że kosztuje to… – tutaj Paweł ujrzał dość przerażającą cyfrę - …dolarów…- wziął głęboki oddech - za godzinę…
- Przyszliśmy do twojego mieszkania o drugiej nad ranem. – spojrzała na zegarek. – Dwanaście godzin mija za czterdzieści pięć minut. Proponuje zjeść wspólnie spóźnione śniadanie i na tym zakończyć ten twój pierwszy raz. Bo to twój pierwszy raz, prawda?
- Ttaaak – zająknął się – pierwszy. Tego rodzaju, pierwszy. Jest jednak jeden problem... – czuł jak pali go w gardle – ja... ja nie mam dolarów.
- Nie szkodzi. – kobieta wstała i zaczęła zbierać swoje rzeczy z podłogi. – Wiesz gdzie mnie znaleźć (Paweł nie miał pojęcia). Przynieś pieniądze do końca tygodnia. W przeciwnym przypadku... – zawiesiła głos – ja wiem gdzie Cię znaleźć... – i zniknęła w łazience.
***
Agatę obudził stuk klawiatury. Miała gigantycznego kaca i czuła jak każda z wystukiwanych liter odbija się od jej głowy, a dopiero później trafia na ekran komputera. Przez półprzymknięte powieki obserwowała przyjaciółkę, która ubrana w rozciągnięte jeansy i podkoszulek z Garfieldem pisała coś bez wytchnienia. Agata wstała próbując jak najmniej ruszać głową, na którą nieustannie spadały bezlitosne litery i poszła do kuchni z mocnym postanowieniem, że wynagrodzi przyjaciółce wczorajszy nietakt, przygotowując dla niej królewskie śniadanie. Zegar w kuchni pokazywał 13:36. – Hmm. To będzie bardziej lunch niż śniadanie – pomyślała Agata i zabrała się za poszukiwanie produktów potrzebnych do zrobienia kiszu.
Po pół godzinie po całym mieszkaniu rozchodził się apetyczny zapach. Blanka uśmiechnęła się pojednawczo do ekranu.
– Niech jej będzie – pomyślała. – Przecież nie miała nic złego na myśli.
Wstała, spojrzała na swoje porzeczkowe paznokcie u stóp, konstatując w myślach, że to okropny kolor i że koniecznie musi go zmyć, po czym ruszyła w stronę nęcącej zapachami kuchni. Najpierw usłyszała dziwny chrzęst, później poczuła intensywny zapach wanilii. Popatrzyła co to tak zachrzęściło pod jej stopami i... zrobiło jej się niedobrze. Nieznosiła widoku krwi.
- Agata – jęknęła Blanka – ja zaraz zemdleję. – i usiadła bezradnie na podłodze.
Z kuchni do pokoju było dosłownie dwa kroki, więc przyjaciółka pojawiła się w oka mgnieniu. Popatrzyła na krwawiącą stopę Blanki i stwierdziła, że znów narozrabiała.
- To mój olejek waniliowy – przyznała się od razu. – Do ciast. Musiał jakoś wypaść z mojej torebki.
Blanka nie miała siły dochodzić, kto przy zdrowych zmysłach trzyma fiolki waniliowych olejków w torebce. Miała mdłości i strasznie bolała ją stopa, której Agata przyglądała się z dobrze udawanym znawstwem. – Chyba lepiej będzie pojechać do lekarza – zawyrokowała w końcu – żeby wyjęli ci te wszystkie odłamki szkła...żeby nie wdało się zakażenie.
- Za godzinę mam się spotkać z Pawłem w sprawie artykuły – Blanka była blado-zielona.
- No to chyba musisz to spotkanie przełożyć. Zadzwonię po taksówkę i pojedziemy do lekarza.
- Jeśli ta wanilia nie przestanie pachnieć to zaraz zwymiotuję – pomyślała Blanka. Po czym skokami na jednej nodze ruszyła do biurka, na którym zostawiła telefon.
***
Paweł siedział zupełnie osłupiały w pustym mieszkaniu. Kobieta wyszła jakieś pół godziny temu i tekturowa podstawka do piwa była jedynym dowodem na to, że wogóle istniała. Z letargu wyrwał go dzwonek telefonu. Na ekranie wyświetlił się numer Blanki. – Rany... Spotkanie z mądralińską... – jęknął w duchu.
- Cześć Blanka. – mruknął na powitanie.
- Cześć – mądralińska nie brzmiała najlepiej – muszę odwołać nasze spotkanie.
- Świetnie! – ucieszył się Paweł.
- Rozcięłam stopę i muszę jechać do lekarza...
- To naprawdę świetnie! – Paweł nie posiadał się z radości, że nie musi dzisiaj walczyć z tym cholernym artykułem.
- Wariat – pomyślała Blanka.
środa, 9 kwietnia 2008
Smutne sałatki
Bez żalu zostawiła firmę, w której pracowała od czasu ukończenia studiów, spakowała walizki i poleciała do Londynu, żeby nauczyć się angielskiego w sposób najszybszy: poprzez codzienne z nim obcowanie. Przez osmozę niemalże. Ale okazało się, że oto po raz pierwszy w życiu, ona – Martyna – najbardziej zaradna osoba w towarzystwie, kobieta, dla której nie było rzeczy niemożliwych, wylądowała w miejscu, do którego nie pasowała, w miejscu którego nie lubiła i które nie lubiło jej. Po pierwsze dobijała ją pogoda. Przyleciała do Londynu jesienią i przez całe sześć miesięcy jakie tam mieszkała tęskniła za słońcem, przeklinała deszcz, chmury, i wiatr który wygina parasol. Po drugie wogóle nie mogła się znaleźć w towarzystwie. Polacy byli jacyś opętani pieniędzmi, pozbawieni barw, nudni, Anglicy zaś krzykliwie modni, pretensjonalni i z innej planety.
Martyna upiła kilka łyków rozpuszczalnej kawy. – Pewnie tak na prawde wszystko było dobrze i z Polakami i z Anglikami – stwierdziła koncyliacyjnie w myślach. – Może gdyby częściej świeciło słońce, a praca była ciekawsza to i ludzie wydaliby się bardziej sympatyczni?
Własnie, praca. Po trzecie (choć wcale nie najważniejsze) Martyna niecierpiała swojej pracy w Londynie. Całe sześć miesięcy przepracowała w Starburcksie przy Tottenham Court. Na początku bardzo się ucieszyła. Praca w ulubionej kawiarni była całkiem dobrym startem. Ale później okazało się, że czym inny jest zatopienie się na pół godziny w wielkim fotelu z kubkiem apetycznie wyglądającej mokki, a czym innym jest sprzedawanie nieskończonej ilości naróżniejszych kaw, gorących czekolad, kanapek, sałatek i cholera wie czego jeszcze. Przygotowywanie i sprzedawanie przez cały dzień, tydzień, miesiąc, przez sześć miesięcy...
Regularnie wracała do domu z gigantyczną migreną wywołaną nieustannym hałasem jaki panował w kawiarni. Po nocach śnili jej się ludzie, którzy marudzili, że wlała do ich kawy nie takiego syropu jaki chcieli, że kanapka jest nieświeża, a sałatka wygląda jakoś tak... smutno. – Trudno żeby nie wyglądała smutno, jak tak ciągle pada! – krzyczała przez sen, budząc przy tym swojego partnera. Z czasem, zaczęła uważać wszystkie te kawy za przejaw czystego snobizmu i ewidentny przykład sztucznego kreowania potrzeb konsumenckich.
- Szanowni Państwo – w głośnikach odezwał się głos pilota – za piętnaście minut lądujemy w Warszawie. Proszę zapiąć pasy...
Martyna dopiła resztkę zimnej kawy i wyjrzała przez okno – nad Warszawą świeciło słońce. – Może nie będzie tak źle? – pomyślała, patrząc na swoją trzypunktową listę, na której oprócz postanowienia dotyczącego kawy widniały jeszcze dwa:
1. Jeśli rozwiązywanie problemów, to tylko własnych.
2. Jeśli facet, to tylko o osobości silniejszej niż moja.
Carla trzymała właśnie w dłoni małego kamiennego skarabeusza i już otwierała swe piękne usteczka by o niego zapytać, kiedy zadzwonił telefon. Paweł rzucił się w jego kierunku, razem z patelnia i smażącą się na niej jajecznicą.
- No i jak ta lalka? – usłyszał w słuchawce głos Maćka.
- Hmmm... Eeee...
- Ja nie moge! Ona tam jeszcze u Ciebie jest, tak?!
- Nooo... – wyjąkał Paweł.
- Nieźle stary. – w głosie przyjaciela podziw mieszał się z zupełnym zaskoczeniem – Byle Ci to tylko w krew nie weszło, bo to drogi interes. Nie dla takich jak my.
Paweł chciał zapytać jaki interes (i dlaczego drogi), ale Maciek się rozłączył.
sobota, 5 kwietnia 2008
Kawa rozpuszczalna
– Jaki ten naród jest niesprawiedliwy! - myślał Paweł wczuwając się w rolę Sarcozego – Jak w ogóle można się skupić na czymkolwiek, kiedy ma się tak piękną żonę!
Carla stała teraz przy łóżku i delikatnie się uśmiechała. Miała rozpuszczone włosy, drobne kształtne piersi, idealnie płaski brzuch, i długie nogi, które skrzyżowała jak mała dziewczynka. Była piękna, zjawiskowa, eteryczna. Była uosobieniem kobiecości.
- Dzień dobry – przemówiła Carla Bruni głosem o ton niższym, niż spodziewał się tego Paweł – Obudziłeś się już? – mówiła po polsku, czyli najprawdopodobniej Carlą Bruni nie była. Miało to jednak swoją dobrą stronę, oznaczało to bowiem, że Paweł nadal jest sobą – dwudziestoośmioletnim facetem bez zobowiązań a nie pięćdziesięcioletnim prezydentem o przerażająco niskich notowaniach i jeszcze niższym wzroście.
- No wiem – powiedział rozespanym głosem. Uśmiechnął się, wyciągnął do niej dłoń i pociągnął na łóżko. W tym momencie poczuł jak bardzo jest obudzony… Rany, jaka ona była piękna…
Kochali się do południa, przysypiając pomiędzy kolejnymi sesjami namiętnego seksu. Obudziło go słońce świecące mu prostu w oczy. Nie-Carla-Bruni siedziała na łóżku i rozglądała się ciekawie po jego mieszkaniu. Paweł lubił to mieszkanie, było to otwarte studio na ostatnim piętrze kamienicy. Drewniana podłoga, ściany, na których w artystyczny sposób tu i ówdzie brakowało tynku i prześwitywały cegły, meble oszczędne w formie. Jednopłaszczyznowe królestwo, za które płacił wygórowany czynsz. Kobieta przyglądała się obrazom zawieszonym na ścianach.
- Co to jest ten stożek? – zapytała wskazując na szkic wiszący nad łóżkiem.
- To projekt czołgu Leonarda Da Vinci.
- Masz nad łóżkiem projekt czołgu? – jej ton nie wyrażał zachwytu. – A ten cykl przerażonych biskupów na obrazach w holu?
- To papież – uśmiechnął się Paweł – Innocent X. To jest studium obrazu Velazqueza autorstwa Francisa Bacona. Podoba ci się? – pogładził ją delikatnie po nagich plecach.
- Nie bardzo. Przerażający są jacyś ci papieże. – stwierdziła z grymasem - Bacona powiadasz? Wiesz, ja jestem strasznie głodna. Zjadłabym jakieś śniadanie. Najlepiej jajecznicę na bekonie.
Paweł naciągnął na siebie jeansy i ruszył w stronę kuchni. Kiedy robił dla nich dwojga jajecznicę, kobieta nadal spacerowała nago po mieszkaniu i przyglądała się każdemu szczegółowi. Prawie jakby była w muzeum. Na próżno próbował sobie przypomnieć jak to się stało, że u niego wylądowała (będzie musiał zadzwonić do Maćka i zapytać). Nie miał też zielonego pojęcia jak ta naga nimfa miała na imię.
- Nurkujesz? – zapytała naga piękność wskazując na szkic wiszący nad biurkiem.
- Nie, to też projekt wielkiego Leonarda.
Piękność zmarszczyła brwi i mały prosty nosek. Miał poczucie, że rozczarowuje ją każdą swoją odpowiedzią.
- Napijesz się kawy? – zapytał.
- Tak, poproszę latte z dużą ilością mleka. – odpowiedziała studiując nadal rysunek nurka w olbrzymim, starodawnym skafandrze.
Paweł zaczynał się denerwować jakby był na jakimś egzaminie czy rozmowie kwalifikacyjnej.
- Nie mam ekspresu do kawy – wydusił w końcu – może być kawa rozpuszczalna?
- Ro-pusz-czalna? – rozczarowanie w głosie było tak wielkie, że Paweł zaczął szczerze współczuć Sarcoziemu. – Facet nie ma łatwego życia – pomyślał – choć z drugiej strony…na pewno ma ekspres do kawy…
- Napije się pani kawy lub herbaty? – zapytała stewardesa.
- Poproszę kawę – odpowiedziała, i czym prędzej zapisała na liście, którą tworzyła od momentu, kiedy samolot opuścił Luton: 3. Jeśli kawa, to TYLKO rozpuszczalna.
środa, 2 kwietnia 2008
Sypianie bez ograniczeń
Pracował prawie cały dzień, robiąc tylko niewielkie przerwy na wędrówki do lodówki, z której zniknęły kolejno: kabanosy, słoik papryki konserwowej, parówki, pół kilo żółtego sera, dwie butelki piwa i puszka oliwek. Wieczorem zrobił kolorowe wydruki map na jutrzejsze spotkanie z Blanką. Popatrzał na nie jeszcze raz krytycznie.
- Lepsze nie będą – zawyrokował. – Jak jej się nie będą podobały, to niech sobie publikuje bez map. I tak będzie to kolejny genialny artykuł. - Odrzucił mapy na swoje wielkie biurko. – Taaa… Genialny artykuł. Ciekawe czy ona ma jakieś życie poza tymi genialnymi publikacjami…
W tym momencie wściekle zaburczało mu w brzuchu. Pawłowi przypomniało się, że na dobrą sprawę to on dzisiaj jeszcze nic nie jadł. Narzucił kurtkę i wyszedł z mieszkania. Zmierzał do pubu, w którym co sobotę spotykał się ze swoimi kumplami. Po drodze miał zamiar kupić jakiegoś hamburgera lub dwa (trzy?), żeby obłaskawić burczący z głodu żołądek.
***
Blanka patrzała z podziwem na dwa kopczyki młodego szpinaku wymieszane z pestkami granatu, połówkami winogron, wiórami jakiejś maści żółtego sera i polane octem balsamicznym. Było to zdecydowanie najbardziej natchnione danie, jakie powstało w jej kuchni na Alejach Jerozolimskich, od kiedy wprowadziła się tutaj jakiś rok temu. Patrząc na te dwa kopiaste cuda stwierdziła, że nawet gdyby ją – Blankę – przypiekać żywcem to i tak by nie wymyśliła tak wykwintnej potrawy.
- No! gotowe! – oznajmiła Agata z uśmiechem – Trzeba będzie wyposażyć cię w podstawowe produkty i przyprawy. Wiedziałam, że nie będziesz miała szafranu, ale żeby nie mieć oregano i bazylii?!!! Wstydź się!
- Ona się zadziwiająco dobrze trzyma, zwarzywszy fakt, że oto dobiegł końca jej związek z tym całym Krzysztofem – pomyślała Blanka.
- A! – przypomniało się Agacie – i wyrzuciłam ci te słoiki z brunatnym czymś, co nie wyglądało najlepiej w lodówce.
- Oj, wyrzuciła fasolówkę mojej mamy, kiedy poszłam kupić szpinak i wszystko inne – skonstatowała w myślach Blanka - moją ukochaną fasolówkę! Z czerwonej fasoli!
- I w zamrażalniku też miałaś jakieś takie pakunki, których nie było co dalej trzymać – kontynuowała Agata przeorganizowując garnki i patelnie, które żyły do tej pory w swawolnej komunie w szafce pod zlewozmywakiem.
- Oj! Bigos z grzybami też nie przeżył. – pomyślała coraz bardziej przerażona pani historyk – Nie jest dobrze. Trzeba jakoś spacyfikować tą jej hiperaktywność zanim zacznie mi wyrzucać talerze.
- Wiesz - zaczęła – przenieś te sałatki ze szpinaku do mojego pokoju, a ja przyniosę wino i kieliszki.
Blanka miała rację: butelka czerwonego wina spacyfikowała Agatę. Przyjaciółka siedziała teraz na podłodze w jej pokoju, wciśnięta pomiędzy swoje walizki i obracając w dłoniach pusty kieliszek, zaczęła dywagować – Gdybyś miała możliwość przespać się z kimkolwiek, absolutnie z kimkolwiek, bez żadnych ograniczeń, to z kim poszłabyś do łóżka?
Blanka była lekko wstawiona i – choć może wydawać się to dziwnym – wcale nie miała ochoty zastanawiać się nad tym, z kim chciałaby się przespać gdyby nie było ograniczeń. - Oj, ten temat też mi się nie podoba – jęknęła w duchu – i pomyśleć, że tak z nią będzie przez jakiś czas, dopóki nie przestanie się miotać i szarpać ze swoimi uczuciami i lękami.
- Nie wiem – powiedziała w końcu – a ty? z kim byś się przespała?
- Hmm…- Agata zamknęła oczy w rozmarzeniu – bo ja wiem… Chyba z Leonardo Di Caprio… z tego filmu Scorsese… No, jak on się nazywał… Ten o złych i dobrych glinach…
- Infiltracja.
- No właśnie! Albo z Bradem Pittem, z Wichrów namiętności. A ty?
- Bo ja wiem… - do Blanki powoli docierało, że nie wykręci się od odpowiedzi. - Chyba z Aleksandrem Macedońskim…
Agata otworzyła oczy. – Z Ma-ce-doń-skim?! Tym z twojej pracy magisterskiej?! Tym, co żył trzysta lat przed Chrystusem?!
- Dokładnie z tym. Przecież miało być bez ograniczeń?
- OK. – westchnęła Agata – Ale przynajmniej powiedz z jakiego okresu lub jak byłby wtedy ubrany…
Znały się od podstawówki i były prawie jak siostry. Tylko dlatego Blanka tolerowała teraz wybryki przyjaciółki. – Po tym jak pokonał Dariusza pod Issos – odpowiedziała – ale zanim zniszczył Persepolis.
- Aaaa – Agata nie była zachwycona odpowiedzią, bo trudno jej było ocenić czy Macedoński był rzeczywiście sexy po tym jak pokonał Dariusza (jakiego w ogóle Dariusza?) – Nie sądzisz, że już wystarczy? – zapytała.
- Co wystarczy?
- Tych Macedońskich, Tamerlanów i innych…Ile to już lat? – Agata była naprawdę wstawiona, inaczej nie zapytałaby o coś takiego.
- Siedem lat i pięć miesięcy – odpowiedziała lodowatym tonem Blanka. – I jeśli czegokolwiek wystarczy, to mnie wystarczy tej rozmowy.
W absolutniej ciszy posprzątały kuchnię i przygotowały posłanie dla Agaty, która cały czas wyrzucała sobie to nieszczęsne „nie sądzisz, że już wystarczy?”. Kiedy zasypiały, każdej z nich było źle, bardzo źle, choć w zupełnie inny sposób.
***
Nad ranem Pawła obudziły hałasy jakie dochodziły z łazienki. Otworzył oczy. Zamknął. Znów otworzył. I nadal nie mógł uwierzyć. Bo oto z łazienki, w stronę jego łóżka, szła... naga... Carla Bruni!
sobota, 29 marca 2008
Bicz Boży
Pawłowi – choć bardzo lubił historię - daleko było do naukowej pasji Blanki. Gdyby poprosić go, żeby wyjaśnił, dlaczego zdecydował się na zaoczne studia doktoranckie, to nie potrafiłby dać jasnej odpowiedzi. Może była to niechęć zerwania z uczelnią. Z naukowcami, książkami, z ludźmi biegającymi od czytelni do punktu xero i z powrotem. Odebranie dyplomu magistra historii i poświęcenie się tylko i wyłącznie pracy zawodowej wydawało się Pawłowi jakieś takie… Tuzinkowe. Zwykłe. Ot, pierwszy krok w stronę reszty tuzinkowego życia. Żona, dzieci, kredyt, nadwaga i problemy z cholesterolem. Pewnie kiedyś chciałby mieć żonę, a w bliżej nieokreślonej przyszłości nawet i dzieci, kredyt zaś był rzeczą nie do uniknięcia w dzisiejszych czasach…Tylko, że…Paweł chciał żeby to wszystko było jakieś takie… takie po prostu kurwa zajebiste (tylko, co do kredytu nie miał takich wymagań). Nie wiedzieć dlaczego, wydawało mu się, że decydując się na studia doktoranckie wymyka się obrzydliwym ramkom statystycznego faceta przed trzydziestką, a może kto wie, może nawet zmierza w stronę zajebistej wersji swojego przyszłego życia.
Teraz jednak patrząc na mapy i przypisy, denerwował się tylko tym, co powie Blanka. Jak to się w ogóle stało, że on z nią pisze ten artykuł? Było jak zwykle - chciał się przed nią popisać wiedzą. Nie żeby ją poderwać. Nie. Nic w tym stylu. Blankę, z jej włosami w wiecznym nieładzie, okularami w niemodnych oprawkach i paznokciami, które czasem przebierały przerażająco dziwaczne barwy, trudno byłoby nazwać pięknością. Była dla Pawła czymś pomiędzy kumplem i odwiecznym wyzwaniem. Ileż to razy w czasie studiów, kiedy zaczynali rozmawiać miał nadzieję, że choć raz okaże się mądrzejszy od niej! Że nagle okaże się, że przeczytał książkę, której ona nie czytała, ba! O której nawet nie słyszała! Przypadki tego typu były jednak rzadkością. I Tamerlan do tych rzadkich przypadków się nie zaliczył. Paweł przeczytał ostatnio o nim całkiem sporo i wydawało mu się, że oto wyrobił sobie zupełnie nowe spojrzenie na historię tamtego okresu. Kiedy więc wylądowali z Blanką na piwie, czym prędzej skierował rozmowę na podboje tego tatarskiego wojownika, który w XIV wieku trząsł całą Azją i przyprawiał Europę o palpitację serca. Poległ jednak z kretesem po mniej więcej piętnastu minutach rozmowy z Blanką, kiedy ta zaczęła swobodnie kreślić wszelkie relacje pomiędzy dzielnym Timurem i jeszcze dzielniejszym Czyngis-Chanem. Z poczuciem absolutnej klęski zamówił im obojgu po jeszcze jednym piwie, ślubując w duchu, że już nigdy nie będzie próbował sobie udowodnić, że jest inteligentniejszy od tej przemądrzałej baby. Wtedy jednak Blanka wypaliła:
- Słuchaj może napiszemy o nim razem artykuł?
- O kim? – warknął Paweł zupełnie rozdrażniony.
- No jako to o kim! O Tamerlanie, Timurze, o Biczu Bożym!
- A… - Paweł był jakoś mało zachwycony, bo nie bardzo widział dla siebie rolę w naukowym tandemie z Blanką.
- Pomyśl jakie niesamowite mapy jego podbojów moglibyśmy zrobić dzięki twoim umiejętnościom! – panna przemądrzalska ciągnęła zupełnie niezrażona.
- A wiec o to Ci chodzi! – pomyślał z wściekłością. - O mapy! O niedoczekanie twoje! Niczego z tobą nie będę pisał, a już tym bardziej nie będę robić map do twoich publikacji.
- I do tego ty byś opisał bitwy, tak prawdziwe, plastycznie, tak jak… Jak w Trzysta Snyder’a! – Blanka była jedyną kobietą, jaką Paweł znał, której podobał się ten film. Strasznie podobał.
- Trzysta to straszna rąbanka – roześmiał się – Jakbym miał opisywać bitwy, to chyba jednak inaczej.
- Czyli wchodzisz w to?! Super! – Blanka zamachała na kelnera żeby przyniósł im po jeszcze jednym piwie.
No i teraz Paweł ślęczał przed komputerem, czytając po raz dziesiąty swój opis bitwy pod Ankarą i dochodząc do wniosku, że wcale mu się ten opis nie podoba. Zaklął wściekle, pozamykał wszystkie pliki związane z artykułem i zajął się tym, czym zarabiał na życie – projektowaniem stron internetowych.
środa, 26 marca 2008
Porzeczkowy lakier do paznokci
- W jakim rozwoju? Jakiej nauki? – zajęczała Blanka – właśnie się zastanawiam czy nie zmienić porzeczkowego koloru paznokci na jagodowy.
- Z porzeczkowego na jagodowy? A to duża zmiana?
- Noo…w odcieniu… - Blanka brzmiała jakoś mało zdecydowanie, za to Agata miała pewność, że nie przeszkadza przyjaciółce w momencie twórczego szału.
Paznokcie Blanki były barometrem jej weny twórczej. Krótko opiłowane, pokryte cienka warstwą bezbarwnej odżywki były niezawodnym znakiem apogeum naukowego natchnienia. Paznokcie w szalonych kolorach były nieomylnie symptomem kryzysu. W czasie ostatniego kryzysu, którego sprawcą był słynny wódz mongolski Czyngis Chan, Blanka przeszła przez etap lakieru metalicznie niebieskiego, a następnie czerwonego z brokatem, by sięgnąć ostatecznego dna przy kolorze, który według producenta był kolorem rabarbarowym, a w rzeczywistości był obrzydliwie buro-zielonym.
Blanka była na drugim roku studiów doktoranckich na historii. Nie miała jeszcze do końca sprecyzowanego tematu pracy doktorskiej, ale fascynowały ją wielkie jednostki z czasów niesamowicie odległych. Tyle przynajmniej rozumiała z tego Agata, która historię traktowała zawsze raczej po macoszemu. Blanka była na etapie pisania niezliczonej liczby artykułów, do periodyków, których zdaniem Agaty nikt normalny nie czytał. Jeśli dobrze pamiętała to przyjaciółka miała za parę dni oddać do publikacji tekst o facecie, który nazywał się Tamerlan. Agata sprawdziła na wszelki wypadek w Internecie: Tamerlan - Miecz Islamu, Zdobywca Świata brzmiał tytuł książki dostępnej w internetowych księgarniach. Tak – to był zdecydowanie jeden z tych dziwnych wojowniczych przywódców, którzy tak fascynowali Blankę. Skoro jednak jej głównym dylematem były teraz odcienie porzeczkowego i jagodowego lakieru, to oznaczało to że kryzys twórczy jest poważny i że Blance też przyda się oderwanie się od komputera i przynajmniej chwilowe porzucenie Zdobywcy Świata.
- To jaka pomoc jest potrzebna? – zapytała rozstrojona właścicielka jagodowych paznokci.
- Ja i Krzysztof – zaczęła Agata – zdecydowaliśmy, że to chyba już nie ma sensu. Nie będziemy już razem. Nie tak sobie wyobrażaliśmy nasz związek.
Trochę kłamała z tym „zdecydowaliśmy” ale dobrze było zachować odrobinę godności i nie mówić przyjaciółce, że to ona zdecydowała odejść, a po Krzysztofie decyzja ta spłynęła jak woda po gęsi. Ku swej radości nie usłyszała w słuchawce żadnego „No co ty?!” ani tym bardziej „Dlaczego?!” – z pewnością nie miała teraz ochoty na takie pytania. Ale na tym właśnie polegał urok Blanki: nie zadawała zbędnych pytań, nie drążyła niepotrzebnie.
- Więc spakowałam trochę kuchni, kosmetyki i ciuchy i chciałabym się wyprowadzić – ciągnęła – Mogę chwilowo zamieszkać u Ciebie na podłodze?
- Nie ma sprawy – usłyszała w odpowiedzi. Mogła sobie niemal wyobrazić jak Blanka się do niej spokojnie uśmiecha. – Będę u Ciebie za pół godziny i pomogę ci z bagażami. Tylko musimy się zastanowić, gdzie ulokować to twoje „trochę kuchni”, bo u mnie na pewno nie da rady.
To była prawda. Blanka wynajmowała z koleżanką mieszkanie, którego cała powierzchnia nie przekraczała pewnie czterdziestu metrów kwadratowych, z czego osiem stanowiło jej pokój, zagracony stertami książek. Nawet najmniejsze „trochę kuchni” w żaden sposób nie mogłoby się tam zmieścić.
- Do mieszkania wezmę tylko podstawowe przyprawy i żyrafkę do miksowania zup – stwierdziła pojednawczo Agata – resztę wstawimy do piwnicy.
- Przyprawy i żyrafka w porządku. – roześmiała się przyjaciółka, po drugiej stronie linii – Ale na tym koniec. Reszta wędruje do piwnicy. I byle ta żyrafka nie miała za długiej szyi, bo się nie zmieści! Będę u Ciebie za pół godziny.
czwartek, 20 marca 2008
Kuchnia w pudłach
Kiedy Agata krążyła po mieszkaniu, między łazienka, kuchnią i sypialnią przypominiała jej się lekcja biologii na temat odruchów bezwarunkowych. O ile dobrze pamietała, dzieliły się one na wrodzone – jak na przykład mrużenie oczu, kiedy razi nas światło, i wyuczone – jak wycieranie butów na wycieraczce czy siedzenie prosto przy stole. Teraz pogrążyła się zupełnie w tych drugich. Czuła się trochę jak robot, który wykonuje zaprogramowane przez kogoś innego czynności. Zmyła z twarzy resztki makijażu, wzięła długi prysznic, przebrała się w swoją ukochaną granatową piżamę, zrobiła sobie waniliową herbatę i poszła do sypialni. Kiedy kładła głowę na poduszce poczuła, że ma z tyłu głowy potężnego guza, który będzie jej przypominał o dzisiejszym wieczorze przez parę kolejnych dni.
Nie, nie wyszła z mieszkania trzaskając drzwiami, po tym jak ogłosiła Krzytofowi, że od niego odchodzi. Oczywiście tak zrobiłaby każda szanująca się bohaterka romantyczna, każda zdecydowana na rozpoczęcie nowego życia kobieta z filmu amerykańskiego. Każda... Nie ważne. Agata tego nie zrobiła. Było tuż przed północą i nie było sensu budzić przyjaciół z powodu tego, że oto włąsnie podjęła poważną i brzemienna w skutki decyzję. Z jej wdrożenie mogło poczekać. Zwlekała z podjęciem tej decyzji tak długo, że jeden wieczór więcej na prawdę nie robił wielkiej różnicy. Kiedy zasypiała, usłyszała jak Krzysztof wyłącza w końcu telewizor i gasi światło w pokoju.
Mieszkanie było Krzysztofa, a raczej, pierwszy był tu Krzysztof. Kiedy się poznali, ona wynajmowała mieszkanie z kilkoma innymi osobami. Wydawało się więc naturalnym, kiedy podjęli decyzję o zamieszkaniu razem, że to ona wprowadziła się do niego. Teraz musiała się wynieść.
Pierwszą rzeczą, jaką trzeba było zająć się z samego rana, było znalezienie pudeł. Co wcale nie było takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. W końcu jednak po godzinnym spacerze między osiedlowymi sklepikami, wróciła do mieszkania zbrojna w dwa pudła po bananach i trzy po środkach chemicznych różnej maści. Planowała wziąć tylko rzeczy najważniejsze: swoje ciuchy i...wyposażenie kuchni. Kiedy patrzała teraz na swoje kuchenne królestwo, wiedziała od razu, że pięć pudeł nie wystarczy.
Gotowanie było pasją Agaty. Co miesiąc wydawała przeważającą część swojej urzędniczej pensji na delikateksowe produkty spożywcze, przyprawy, roboty kuchenne, piękne talerze, wspaniałe garnki. Gotując czuła się jak wirtuoz i odkrywca. W kuchni Agaty mieszały się zapachy, przyprawy. Do lodówki przyczepione były kuchennymi magnesami przepisy wycie z różnych magazynów a na parapecie stał w równym rzędzie garnizon książek kucharskich. Patrzała teraz na to wszystko bezradnym wzrokiem.
- Rany, jak ja to wszystko spakuję. – jęknęła w duchu.
Do kuchni wtoczył się zaspany Krzysztof.
- Zrobię sobie kawy, z tego twojego wspaniałego ekspresu zanim zniknie razem z tobą – ogłosił, drapiąc się półprzytomnie po głowie.
Agata nawet nie zdenerwowała się jego obcesowością. Tak jakby cała frustracja z powodu tego, że związek z Krzysztofem dobiegł końca uszła z niej wczoraj. Może rzeczywiście wypadła z jej głowy, kiedy waliła nią o łazienkową ścianę? Kiedy więc Krzysztof krzątał się wokół wielkiego, nowoczesnego ekspresu do kawy, ona martwiła się jak spakuje tego wieloczynnościowego smoka, który potrafił robić latte, ekspresso, mocce i wszystkie inne kawy na jakie człowiek mógłby mieć ochotę, ale z pewnością nie był stworzony do przeprowadzek. Dla dodania sobie animuszu włączyła radio.
Since we're sharing the same bed, we're not sharing the same dreams anymore – śpiewał Oscar Benton.
Agata nie widziała czyja to piosenka ale słowa pasowały do jej sytuacji. To stało się z nią i Krzysztofem, który właśnie wychodził z kuchni z kubkiem cappuccino i zmierzał niechybnie w kierunku kanapy przed telewizorem. Początkowa absolutna fascynacja, ustąpiła miejsca rutynie. A później okazało się, że każde z nich, ma swoje sny i marzenia, mające niewiele wspólnego z marzeniami partnera.
Instead of growing closer
This time goes on and on
We're getting miles apart
Westchnęła i zabrała się za pakowanie. Pięć pudeł zapełniło się w oka mgnieniu. Agata spakowała też do dwóch walizek swoje ubrania i kosmetyki. Kiedy wszystkie te bagaże zagracały już cały przedpokój i pół kuchni zdecydowała, że czas najwyższy zadzwonić do Blanki.
niedziela, 16 marca 2008
Remont
- Out – myślała uderzając z całej siły głową w ścianę – out! Wynocha z mojej głowy.
Agata była jednak romantykiem w takim samym stopniu jak pragmatykiem. Bijąc wiec głową w żółte łazienkowe kafelki, nie wiedzieć kiedy zaczęła się zastanawiać czy to walenie nie przeszkadza sąsiadom zza ściany. Bo ściany w bloku w którym mieszkali były niemalże z papieru, przepuszczały najcichszy nawet dźwięk. Ba! Przepuszczały też zapach! Wiec teraz sąsiedzi na pewno zastanawiali się co się dzieje. Może nawet obawiali się, że Agata zaczęła remont, w piątek późnym wieczorem. Kto wie?
- Taa, remont – pomyślała Agata – potrzebny mi remont. Generalny. Mojego życia. Co ja tu wogóle robie? Walę głową w ścianę jak jakaś postać z powieści Jane Austen. Co się ze mną wogóle dzieje!
Wstała z podłogi i spojrzała na swoje odbicie w lustrze zawieszonym nad umywalką. Miała czerwone oczy, spuchnięte powieki, i tusz do rzęs rozmazany wokół oczu tak, że wyglądała troche jak miś panda. Umyła twarz w zimnej wodzie, związała włosy w kucyk i poszła do pokoju.
W pokoju panował półmrok. Mała lampka z abażurem, który był dokładnie z tej samej epoki co kafelki w łazience, świeciła słabo. Całe to ich mieszkanie wydawało się jak żywcem wyjęte z lat osiemdziesiątych. Agata ze zdziwieniem zauważyła, że przez półtorej roku jakie tu mieszkali z Krzysztofem nigdy tego mieszkania tak naprawdę nie oswoili, nie uczynili swoim. Ot, mieszkali tutaj i tyle. Spojrzała na Krzysztofa, który siedział na kanapie w samych bokserkach i oglądał telewizję. Na jej widok oderwał wzrok od telewizora, w którym jego imiennik pytał po raz setny zupełnie skołowaną kobietę czy na pewno chce tą a nie tamtą kopertę.
- I jak? Popłakałaś sobie? – spytał. W jego głosie było tyle pogrady, że Agata nie mogła uwierzyć, że to jest właśnie mężczyzna, z którym spędziła ostatnie dwa lata, i o którym nawet przez jakiś czas myślała jako o partnerze na resztę życia.
- Odchodzę. – powiedziała przez zaciśnięte zęby.
Krzysztof uśmiechnął się drwiąco.