sobota, 29 marca 2008
Bicz Boży
Pawłowi – choć bardzo lubił historię - daleko było do naukowej pasji Blanki. Gdyby poprosić go, żeby wyjaśnił, dlaczego zdecydował się na zaoczne studia doktoranckie, to nie potrafiłby dać jasnej odpowiedzi. Może była to niechęć zerwania z uczelnią. Z naukowcami, książkami, z ludźmi biegającymi od czytelni do punktu xero i z powrotem. Odebranie dyplomu magistra historii i poświęcenie się tylko i wyłącznie pracy zawodowej wydawało się Pawłowi jakieś takie… Tuzinkowe. Zwykłe. Ot, pierwszy krok w stronę reszty tuzinkowego życia. Żona, dzieci, kredyt, nadwaga i problemy z cholesterolem. Pewnie kiedyś chciałby mieć żonę, a w bliżej nieokreślonej przyszłości nawet i dzieci, kredyt zaś był rzeczą nie do uniknięcia w dzisiejszych czasach…Tylko, że…Paweł chciał żeby to wszystko było jakieś takie… takie po prostu kurwa zajebiste (tylko, co do kredytu nie miał takich wymagań). Nie wiedzieć dlaczego, wydawało mu się, że decydując się na studia doktoranckie wymyka się obrzydliwym ramkom statystycznego faceta przed trzydziestką, a może kto wie, może nawet zmierza w stronę zajebistej wersji swojego przyszłego życia.
Teraz jednak patrząc na mapy i przypisy, denerwował się tylko tym, co powie Blanka. Jak to się w ogóle stało, że on z nią pisze ten artykuł? Było jak zwykle - chciał się przed nią popisać wiedzą. Nie żeby ją poderwać. Nie. Nic w tym stylu. Blankę, z jej włosami w wiecznym nieładzie, okularami w niemodnych oprawkach i paznokciami, które czasem przebierały przerażająco dziwaczne barwy, trudno byłoby nazwać pięknością. Była dla Pawła czymś pomiędzy kumplem i odwiecznym wyzwaniem. Ileż to razy w czasie studiów, kiedy zaczynali rozmawiać miał nadzieję, że choć raz okaże się mądrzejszy od niej! Że nagle okaże się, że przeczytał książkę, której ona nie czytała, ba! O której nawet nie słyszała! Przypadki tego typu były jednak rzadkością. I Tamerlan do tych rzadkich przypadków się nie zaliczył. Paweł przeczytał ostatnio o nim całkiem sporo i wydawało mu się, że oto wyrobił sobie zupełnie nowe spojrzenie na historię tamtego okresu. Kiedy więc wylądowali z Blanką na piwie, czym prędzej skierował rozmowę na podboje tego tatarskiego wojownika, który w XIV wieku trząsł całą Azją i przyprawiał Europę o palpitację serca. Poległ jednak z kretesem po mniej więcej piętnastu minutach rozmowy z Blanką, kiedy ta zaczęła swobodnie kreślić wszelkie relacje pomiędzy dzielnym Timurem i jeszcze dzielniejszym Czyngis-Chanem. Z poczuciem absolutnej klęski zamówił im obojgu po jeszcze jednym piwie, ślubując w duchu, że już nigdy nie będzie próbował sobie udowodnić, że jest inteligentniejszy od tej przemądrzałej baby. Wtedy jednak Blanka wypaliła:
- Słuchaj może napiszemy o nim razem artykuł?
- O kim? – warknął Paweł zupełnie rozdrażniony.
- No jako to o kim! O Tamerlanie, Timurze, o Biczu Bożym!
- A… - Paweł był jakoś mało zachwycony, bo nie bardzo widział dla siebie rolę w naukowym tandemie z Blanką.
- Pomyśl jakie niesamowite mapy jego podbojów moglibyśmy zrobić dzięki twoim umiejętnościom! – panna przemądrzalska ciągnęła zupełnie niezrażona.
- A wiec o to Ci chodzi! – pomyślał z wściekłością. - O mapy! O niedoczekanie twoje! Niczego z tobą nie będę pisał, a już tym bardziej nie będę robić map do twoich publikacji.
- I do tego ty byś opisał bitwy, tak prawdziwe, plastycznie, tak jak… Jak w Trzysta Snyder’a! – Blanka była jedyną kobietą, jaką Paweł znał, której podobał się ten film. Strasznie podobał.
- Trzysta to straszna rąbanka – roześmiał się – Jakbym miał opisywać bitwy, to chyba jednak inaczej.
- Czyli wchodzisz w to?! Super! – Blanka zamachała na kelnera żeby przyniósł im po jeszcze jednym piwie.
No i teraz Paweł ślęczał przed komputerem, czytając po raz dziesiąty swój opis bitwy pod Ankarą i dochodząc do wniosku, że wcale mu się ten opis nie podoba. Zaklął wściekle, pozamykał wszystkie pliki związane z artykułem i zajął się tym, czym zarabiał na życie – projektowaniem stron internetowych.
środa, 26 marca 2008
Porzeczkowy lakier do paznokci
- W jakim rozwoju? Jakiej nauki? – zajęczała Blanka – właśnie się zastanawiam czy nie zmienić porzeczkowego koloru paznokci na jagodowy.
- Z porzeczkowego na jagodowy? A to duża zmiana?
- Noo…w odcieniu… - Blanka brzmiała jakoś mało zdecydowanie, za to Agata miała pewność, że nie przeszkadza przyjaciółce w momencie twórczego szału.
Paznokcie Blanki były barometrem jej weny twórczej. Krótko opiłowane, pokryte cienka warstwą bezbarwnej odżywki były niezawodnym znakiem apogeum naukowego natchnienia. Paznokcie w szalonych kolorach były nieomylnie symptomem kryzysu. W czasie ostatniego kryzysu, którego sprawcą był słynny wódz mongolski Czyngis Chan, Blanka przeszła przez etap lakieru metalicznie niebieskiego, a następnie czerwonego z brokatem, by sięgnąć ostatecznego dna przy kolorze, który według producenta był kolorem rabarbarowym, a w rzeczywistości był obrzydliwie buro-zielonym.
Blanka była na drugim roku studiów doktoranckich na historii. Nie miała jeszcze do końca sprecyzowanego tematu pracy doktorskiej, ale fascynowały ją wielkie jednostki z czasów niesamowicie odległych. Tyle przynajmniej rozumiała z tego Agata, która historię traktowała zawsze raczej po macoszemu. Blanka była na etapie pisania niezliczonej liczby artykułów, do periodyków, których zdaniem Agaty nikt normalny nie czytał. Jeśli dobrze pamiętała to przyjaciółka miała za parę dni oddać do publikacji tekst o facecie, który nazywał się Tamerlan. Agata sprawdziła na wszelki wypadek w Internecie: Tamerlan - Miecz Islamu, Zdobywca Świata brzmiał tytuł książki dostępnej w internetowych księgarniach. Tak – to był zdecydowanie jeden z tych dziwnych wojowniczych przywódców, którzy tak fascynowali Blankę. Skoro jednak jej głównym dylematem były teraz odcienie porzeczkowego i jagodowego lakieru, to oznaczało to że kryzys twórczy jest poważny i że Blance też przyda się oderwanie się od komputera i przynajmniej chwilowe porzucenie Zdobywcy Świata.
- To jaka pomoc jest potrzebna? – zapytała rozstrojona właścicielka jagodowych paznokci.
- Ja i Krzysztof – zaczęła Agata – zdecydowaliśmy, że to chyba już nie ma sensu. Nie będziemy już razem. Nie tak sobie wyobrażaliśmy nasz związek.
Trochę kłamała z tym „zdecydowaliśmy” ale dobrze było zachować odrobinę godności i nie mówić przyjaciółce, że to ona zdecydowała odejść, a po Krzysztofie decyzja ta spłynęła jak woda po gęsi. Ku swej radości nie usłyszała w słuchawce żadnego „No co ty?!” ani tym bardziej „Dlaczego?!” – z pewnością nie miała teraz ochoty na takie pytania. Ale na tym właśnie polegał urok Blanki: nie zadawała zbędnych pytań, nie drążyła niepotrzebnie.
- Więc spakowałam trochę kuchni, kosmetyki i ciuchy i chciałabym się wyprowadzić – ciągnęła – Mogę chwilowo zamieszkać u Ciebie na podłodze?
- Nie ma sprawy – usłyszała w odpowiedzi. Mogła sobie niemal wyobrazić jak Blanka się do niej spokojnie uśmiecha. – Będę u Ciebie za pół godziny i pomogę ci z bagażami. Tylko musimy się zastanowić, gdzie ulokować to twoje „trochę kuchni”, bo u mnie na pewno nie da rady.
To była prawda. Blanka wynajmowała z koleżanką mieszkanie, którego cała powierzchnia nie przekraczała pewnie czterdziestu metrów kwadratowych, z czego osiem stanowiło jej pokój, zagracony stertami książek. Nawet najmniejsze „trochę kuchni” w żaden sposób nie mogłoby się tam zmieścić.
- Do mieszkania wezmę tylko podstawowe przyprawy i żyrafkę do miksowania zup – stwierdziła pojednawczo Agata – resztę wstawimy do piwnicy.
- Przyprawy i żyrafka w porządku. – roześmiała się przyjaciółka, po drugiej stronie linii – Ale na tym koniec. Reszta wędruje do piwnicy. I byle ta żyrafka nie miała za długiej szyi, bo się nie zmieści! Będę u Ciebie za pół godziny.
czwartek, 20 marca 2008
Kuchnia w pudłach
Kiedy Agata krążyła po mieszkaniu, między łazienka, kuchnią i sypialnią przypominiała jej się lekcja biologii na temat odruchów bezwarunkowych. O ile dobrze pamietała, dzieliły się one na wrodzone – jak na przykład mrużenie oczu, kiedy razi nas światło, i wyuczone – jak wycieranie butów na wycieraczce czy siedzenie prosto przy stole. Teraz pogrążyła się zupełnie w tych drugich. Czuła się trochę jak robot, który wykonuje zaprogramowane przez kogoś innego czynności. Zmyła z twarzy resztki makijażu, wzięła długi prysznic, przebrała się w swoją ukochaną granatową piżamę, zrobiła sobie waniliową herbatę i poszła do sypialni. Kiedy kładła głowę na poduszce poczuła, że ma z tyłu głowy potężnego guza, który będzie jej przypominał o dzisiejszym wieczorze przez parę kolejnych dni.
Nie, nie wyszła z mieszkania trzaskając drzwiami, po tym jak ogłosiła Krzytofowi, że od niego odchodzi. Oczywiście tak zrobiłaby każda szanująca się bohaterka romantyczna, każda zdecydowana na rozpoczęcie nowego życia kobieta z filmu amerykańskiego. Każda... Nie ważne. Agata tego nie zrobiła. Było tuż przed północą i nie było sensu budzić przyjaciół z powodu tego, że oto włąsnie podjęła poważną i brzemienna w skutki decyzję. Z jej wdrożenie mogło poczekać. Zwlekała z podjęciem tej decyzji tak długo, że jeden wieczór więcej na prawdę nie robił wielkiej różnicy. Kiedy zasypiała, usłyszała jak Krzysztof wyłącza w końcu telewizor i gasi światło w pokoju.
Mieszkanie było Krzysztofa, a raczej, pierwszy był tu Krzysztof. Kiedy się poznali, ona wynajmowała mieszkanie z kilkoma innymi osobami. Wydawało się więc naturalnym, kiedy podjęli decyzję o zamieszkaniu razem, że to ona wprowadziła się do niego. Teraz musiała się wynieść.
Pierwszą rzeczą, jaką trzeba było zająć się z samego rana, było znalezienie pudeł. Co wcale nie było takie łatwe, jak mogłoby się wydawać. W końcu jednak po godzinnym spacerze między osiedlowymi sklepikami, wróciła do mieszkania zbrojna w dwa pudła po bananach i trzy po środkach chemicznych różnej maści. Planowała wziąć tylko rzeczy najważniejsze: swoje ciuchy i...wyposażenie kuchni. Kiedy patrzała teraz na swoje kuchenne królestwo, wiedziała od razu, że pięć pudeł nie wystarczy.
Gotowanie było pasją Agaty. Co miesiąc wydawała przeważającą część swojej urzędniczej pensji na delikateksowe produkty spożywcze, przyprawy, roboty kuchenne, piękne talerze, wspaniałe garnki. Gotując czuła się jak wirtuoz i odkrywca. W kuchni Agaty mieszały się zapachy, przyprawy. Do lodówki przyczepione były kuchennymi magnesami przepisy wycie z różnych magazynów a na parapecie stał w równym rzędzie garnizon książek kucharskich. Patrzała teraz na to wszystko bezradnym wzrokiem.
- Rany, jak ja to wszystko spakuję. – jęknęła w duchu.
Do kuchni wtoczył się zaspany Krzysztof.
- Zrobię sobie kawy, z tego twojego wspaniałego ekspresu zanim zniknie razem z tobą – ogłosił, drapiąc się półprzytomnie po głowie.
Agata nawet nie zdenerwowała się jego obcesowością. Tak jakby cała frustracja z powodu tego, że związek z Krzysztofem dobiegł końca uszła z niej wczoraj. Może rzeczywiście wypadła z jej głowy, kiedy waliła nią o łazienkową ścianę? Kiedy więc Krzysztof krzątał się wokół wielkiego, nowoczesnego ekspresu do kawy, ona martwiła się jak spakuje tego wieloczynnościowego smoka, który potrafił robić latte, ekspresso, mocce i wszystkie inne kawy na jakie człowiek mógłby mieć ochotę, ale z pewnością nie był stworzony do przeprowadzek. Dla dodania sobie animuszu włączyła radio.
Since we're sharing the same bed, we're not sharing the same dreams anymore – śpiewał Oscar Benton.
Agata nie widziała czyja to piosenka ale słowa pasowały do jej sytuacji. To stało się z nią i Krzysztofem, który właśnie wychodził z kuchni z kubkiem cappuccino i zmierzał niechybnie w kierunku kanapy przed telewizorem. Początkowa absolutna fascynacja, ustąpiła miejsca rutynie. A później okazało się, że każde z nich, ma swoje sny i marzenia, mające niewiele wspólnego z marzeniami partnera.
Instead of growing closer
This time goes on and on
We're getting miles apart
Westchnęła i zabrała się za pakowanie. Pięć pudeł zapełniło się w oka mgnieniu. Agata spakowała też do dwóch walizek swoje ubrania i kosmetyki. Kiedy wszystkie te bagaże zagracały już cały przedpokój i pół kuchni zdecydowała, że czas najwyższy zadzwonić do Blanki.
niedziela, 16 marca 2008
Remont
- Out – myślała uderzając z całej siły głową w ścianę – out! Wynocha z mojej głowy.
Agata była jednak romantykiem w takim samym stopniu jak pragmatykiem. Bijąc wiec głową w żółte łazienkowe kafelki, nie wiedzieć kiedy zaczęła się zastanawiać czy to walenie nie przeszkadza sąsiadom zza ściany. Bo ściany w bloku w którym mieszkali były niemalże z papieru, przepuszczały najcichszy nawet dźwięk. Ba! Przepuszczały też zapach! Wiec teraz sąsiedzi na pewno zastanawiali się co się dzieje. Może nawet obawiali się, że Agata zaczęła remont, w piątek późnym wieczorem. Kto wie?
- Taa, remont – pomyślała Agata – potrzebny mi remont. Generalny. Mojego życia. Co ja tu wogóle robie? Walę głową w ścianę jak jakaś postać z powieści Jane Austen. Co się ze mną wogóle dzieje!
Wstała z podłogi i spojrzała na swoje odbicie w lustrze zawieszonym nad umywalką. Miała czerwone oczy, spuchnięte powieki, i tusz do rzęs rozmazany wokół oczu tak, że wyglądała troche jak miś panda. Umyła twarz w zimnej wodzie, związała włosy w kucyk i poszła do pokoju.
W pokoju panował półmrok. Mała lampka z abażurem, który był dokładnie z tej samej epoki co kafelki w łazience, świeciła słabo. Całe to ich mieszkanie wydawało się jak żywcem wyjęte z lat osiemdziesiątych. Agata ze zdziwieniem zauważyła, że przez półtorej roku jakie tu mieszkali z Krzysztofem nigdy tego mieszkania tak naprawdę nie oswoili, nie uczynili swoim. Ot, mieszkali tutaj i tyle. Spojrzała na Krzysztofa, który siedział na kanapie w samych bokserkach i oglądał telewizję. Na jej widok oderwał wzrok od telewizora, w którym jego imiennik pytał po raz setny zupełnie skołowaną kobietę czy na pewno chce tą a nie tamtą kopertę.
- I jak? Popłakałaś sobie? – spytał. W jego głosie było tyle pogrady, że Agata nie mogła uwierzyć, że to jest właśnie mężczyzna, z którym spędziła ostatnie dwa lata, i o którym nawet przez jakiś czas myślała jako o partnerze na resztę życia.
- Odchodzę. – powiedziała przez zaciśnięte zęby.
Krzysztof uśmiechnął się drwiąco.