niedziela, 13 kwietnia 2008

Olejek waniliowy

Popatrzył na piękną nie-Carlę-Bruni, który odłożyła skarabeusza na miejsce i uśmiechnęła się do niego uśmiechem, który zdradzał, jak bardzo panowała nad sytuacją. W sumie, nie było to takie trudne, bo Paweł wcale nad sytuacją nie panował.

- Pamiętasz jak mam na imię dzieciaku? – zapytała swoim niskim, pewnym siebie głosem.

Zabolało go to „dzieciaku”, bo po pierwsze nigdy nikt tak do niego nie mówił, nikt nie był wobec niego tak protekcjonalny, a po drugie, byli najprawdopodobniej równolatkami, więc skąd to…

- Nie – przyznał ze skruchą w głosie. – Przepraszam.

- Nic nie szkodzi – naga piękność usiadła na krześle za biurkiem, skrzyżowała swe bosko długie nogi i zadała kolejne niewygodne pytanie – Pamiętasz jak się poznaliśmy i jak się tu znalazłam?

- Nie, nie pamiętam. - To było naprawdę upokarzające i gorsze od najgorszych koszmarów.

- Tam myślałam – uśmiechnęła się kobieta. – Jesteś słodki, wiesz?

Paweł pomyślał, że Bóg nie ma nad nim litości.

- Dlatego – ciągnęła piękna nie-Carla – zjem z tobą śniadanie i wyjdę zanim zupełnie cię zrujnuję.

- Zrujnujesz?

- Tak. Nie wydaje mi się by było cię stać na więcej niż dwanaście godzin ze mną – stwierdziła, bez żadnego zażenowania.

- Stać? - Paweł odłożył na stół patelnię z zupełnie zimną jajecznicą. – Ty jesteś…

- Tak, dokładnie. Jestem. – uśmiechnęła się kobieta. – Ale z jednej z najwyższych półek, jeśli cię to pociesza dzieciaku.

Informacja, że oto siedzi przed nim luksusowa prostytutka, docierała do Pawła stopniowo. Po kawałeczku. Świadomość tego, że po raz pierwszy w życiu będzie płacił za seks docierała do niego jeszcze wolniej. Jak to się w ogóle stało? Gdzie on ją znalazł? Dlaczego Maciek nic mu nie powiedział?

- Ile powinienem zapłacić? – zapytał niemalże szeptem. Czuł się jak bohater jakiegoś dziwnego filmu.

Kobieta podniosła z podłogi swoją torebkę, z której wyjęła małą tekturową podstawkę do piwa. Paweł zobaczył na tekturce swoje, mocno chwiejne pismo: Pieniądze nie grają roli. Kocham Cię i chcę z Tobą spędzić noc. Mam pełną świadomość, że kosztuje to… – tutaj Paweł ujrzał dość przerażającą cyfrę - …dolarów…- wziął głęboki oddech - za godzinę…

- Przyszliśmy do twojego mieszkania o drugiej nad ranem. – spojrzała na zegarek. – Dwanaście godzin mija za czterdzieści pięć minut. Proponuje zjeść wspólnie spóźnione śniadanie i na tym zakończyć ten twój pierwszy raz. Bo to twój pierwszy raz, prawda?

- Ttaaak – zająknął się – pierwszy. Tego rodzaju, pierwszy. Jest jednak jeden problem... – czuł jak pali go w gardle – ja... ja nie mam dolarów.

- Nie szkodzi. – kobieta wstała i zaczęła zbierać swoje rzeczy z podłogi. – Wiesz gdzie mnie znaleźć (Paweł nie miał pojęcia). Przynieś pieniądze do końca tygodnia. W przeciwnym przypadku... – zawiesiła głos – ja wiem gdzie Cię znaleźć... – i zniknęła w łazience.


***

Agatę obudził stuk klawiatury. Miała gigantycznego kaca i czuła jak każda z wystukiwanych liter odbija się od jej głowy, a dopiero później trafia na ekran komputera. Przez półprzymknięte powieki obserwowała przyjaciółkę, która ubrana w rozciągnięte jeansy i podkoszulek z Garfieldem pisała coś bez wytchnienia. Agata wstała próbując jak najmniej ruszać głową, na którą nieustannie spadały bezlitosne litery i poszła do kuchni z mocnym postanowieniem, że wynagrodzi przyjaciółce wczorajszy nietakt, przygotowując dla niej królewskie śniadanie. Zegar w kuchni pokazywał 13:36. – Hmm. To będzie bardziej lunch niż śniadanie – pomyślała Agata i zabrała się za poszukiwanie produktów potrzebnych do zrobienia kiszu.

Po pół godzinie po całym mieszkaniu rozchodził się apetyczny zapach. Blanka uśmiechnęła się pojednawczo do ekranu.

– Niech jej będzie – pomyślała. – Przecież nie miała nic złego na myśli.

Wstała, spojrzała na swoje porzeczkowe paznokcie u stóp, konstatując w myślach, że to okropny kolor i że koniecznie musi go zmyć, po czym ruszyła w stronę nęcącej zapachami kuchni. Najpierw usłyszała dziwny chrzęst, później poczuła intensywny zapach wanilii. Popatrzyła co to tak zachrzęściło pod jej stopami i... zrobiło jej się niedobrze. Nieznosiła widoku krwi.

- Agata – jęknęła Blanka – ja zaraz zemdleję. – i usiadła bezradnie na podłodze.

Z kuchni do pokoju było dosłownie dwa kroki, więc przyjaciółka pojawiła się w oka mgnieniu. Popatrzyła na krwawiącą stopę Blanki i stwierdziła, że znów narozrabiała.

- To mój olejek waniliowy – przyznała się od razu. – Do ciast. Musiał jakoś wypaść z mojej torebki.

Blanka nie miała siły dochodzić, kto przy zdrowych zmysłach trzyma fiolki waniliowych olejków w torebce. Miała mdłości i strasznie bolała ją stopa, której Agata przyglądała się z dobrze udawanym znawstwem. – Chyba lepiej będzie pojechać do lekarza – zawyrokowała w końcu – żeby wyjęli ci te wszystkie odłamki szkła...żeby nie wdało się zakażenie.

- Za godzinę mam się spotkać z Pawłem w sprawie artykuły – Blanka była blado-zielona.

- No to chyba musisz to spotkanie przełożyć. Zadzwonię po taksówkę i pojedziemy do lekarza.

- Jeśli ta wanilia nie przestanie pachnieć to zaraz zwymiotuję – pomyślała Blanka. Po czym skokami na jednej nodze ruszyła do biurka, na którym zostawiła telefon.


***

Paweł siedział zupełnie osłupiały w pustym mieszkaniu. Kobieta wyszła jakieś pół godziny temu i tekturowa podstawka do piwa była jedynym dowodem na to, że wogóle istniała. Z letargu wyrwał go dzwonek telefonu. Na ekranie wyświetlił się numer Blanki. – Rany... Spotkanie z mądralińską... – jęknął w duchu.

- Cześć Blanka. – mruknął na powitanie.

- Cześć – mądralińska nie brzmiała najlepiej – muszę odwołać nasze spotkanie.

- Świetnie! – ucieszył się Paweł.

- Rozcięłam stopę i muszę jechać do lekarza...

- To naprawdę świetnie! – Paweł nie posiadał się z radości, że nie musi dzisiaj walczyć z tym cholernym artykułem.

- Wariat – pomyślała Blanka.

Brak komentarzy: