Bez żalu zostawiła firmę, w której pracowała od czasu ukończenia studiów, spakowała walizki i poleciała do Londynu, żeby nauczyć się angielskiego w sposób najszybszy: poprzez codzienne z nim obcowanie. Przez osmozę niemalże. Ale okazało się, że oto po raz pierwszy w życiu, ona – Martyna – najbardziej zaradna osoba w towarzystwie, kobieta, dla której nie było rzeczy niemożliwych, wylądowała w miejscu, do którego nie pasowała, w miejscu którego nie lubiła i które nie lubiło jej. Po pierwsze dobijała ją pogoda. Przyleciała do Londynu jesienią i przez całe sześć miesięcy jakie tam mieszkała tęskniła za słońcem, przeklinała deszcz, chmury, i wiatr który wygina parasol. Po drugie wogóle nie mogła się znaleźć w towarzystwie. Polacy byli jacyś opętani pieniędzmi, pozbawieni barw, nudni, Anglicy zaś krzykliwie modni, pretensjonalni i z innej planety.
Martyna upiła kilka łyków rozpuszczalnej kawy. – Pewnie tak na prawde wszystko było dobrze i z Polakami i z Anglikami – stwierdziła koncyliacyjnie w myślach. – Może gdyby częściej świeciło słońce, a praca była ciekawsza to i ludzie wydaliby się bardziej sympatyczni?
Własnie, praca. Po trzecie (choć wcale nie najważniejsze) Martyna niecierpiała swojej pracy w Londynie. Całe sześć miesięcy przepracowała w Starburcksie przy Tottenham Court. Na początku bardzo się ucieszyła. Praca w ulubionej kawiarni była całkiem dobrym startem. Ale później okazało się, że czym inny jest zatopienie się na pół godziny w wielkim fotelu z kubkiem apetycznie wyglądającej mokki, a czym innym jest sprzedawanie nieskończonej ilości naróżniejszych kaw, gorących czekolad, kanapek, sałatek i cholera wie czego jeszcze. Przygotowywanie i sprzedawanie przez cały dzień, tydzień, miesiąc, przez sześć miesięcy...
Regularnie wracała do domu z gigantyczną migreną wywołaną nieustannym hałasem jaki panował w kawiarni. Po nocach śnili jej się ludzie, którzy marudzili, że wlała do ich kawy nie takiego syropu jaki chcieli, że kanapka jest nieświeża, a sałatka wygląda jakoś tak... smutno. – Trudno żeby nie wyglądała smutno, jak tak ciągle pada! – krzyczała przez sen, budząc przy tym swojego partnera. Z czasem, zaczęła uważać wszystkie te kawy za przejaw czystego snobizmu i ewidentny przykład sztucznego kreowania potrzeb konsumenckich.
- Szanowni Państwo – w głośnikach odezwał się głos pilota – za piętnaście minut lądujemy w Warszawie. Proszę zapiąć pasy...
Martyna dopiła resztkę zimnej kawy i wyjrzała przez okno – nad Warszawą świeciło słońce. – Może nie będzie tak źle? – pomyślała, patrząc na swoją trzypunktową listę, na której oprócz postanowienia dotyczącego kawy widniały jeszcze dwa:
1. Jeśli rozwiązywanie problemów, to tylko własnych.
2. Jeśli facet, to tylko o osobości silniejszej niż moja.
***
Carla trzymała właśnie w dłoni małego kamiennego skarabeusza i już otwierała swe piękne usteczka by o niego zapytać, kiedy zadzwonił telefon. Paweł rzucił się w jego kierunku, razem z patelnia i smażącą się na niej jajecznicą.
- No i jak ta lalka? – usłyszał w słuchawce głos Maćka.
- Hmmm... Eeee...
- Ja nie moge! Ona tam jeszcze u Ciebie jest, tak?!
- Nooo... – wyjąkał Paweł.
- Nieźle stary. – w głosie przyjaciela podziw mieszał się z zupełnym zaskoczeniem – Byle Ci to tylko w krew nie weszło, bo to drogi interes. Nie dla takich jak my.
Paweł chciał zapytać jaki interes (i dlaczego drogi), ale Maciek się rozłączył.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz