środa, 9 kwietnia 2008

Smutne sałatki

Martyna trzymała w obu dłoniach mały plastikowy kubeczek z czarną cieczą. Jeszcze pół roku temu skrzywiłaby się na widok takiej kawy. Teraz wydawała jej się ona najmniej pretensjonalnym napojem jaki można sobie wyobrazić. To było dziwne sześć miesięcy, które zmieniły nie tylko jej sposób postrzegania wszelkich napoi kawowych i kawowo-podobnych. Zmieniły więcej niż by chciała, bo zasadniczo Martyna chciała tylko podszlifować swój angielski. Właśnie dlatego zdecydowała się na rzucenie pracy i wyjazd. Wszyscy jej mówili, że z jej zdolnościami może zajść w biznesie o wiele delej – ale musi znać jezyki obce, a przede wszystkim angielski, który już na dobrą sprawę językiem obcym nie jest...Ona zaś niecierpiała uczyć się jezyków. Wszelkie lekcje gramatyki przyprawiały ją o mdłości, wkuwanie słówek niepomiernie nudziło, a pisanie wydumanych wypracowań wogóle nie było w jej stylu.

Bez żalu zostawiła firmę, w której pracowała od czasu ukończenia studiów, spakowała walizki i poleciała do Londynu, żeby nauczyć się angielskiego w sposób najszybszy: poprzez codzienne z nim obcowanie. Przez osmozę niemalże. Ale okazało się, że oto po raz pierwszy w życiu, ona – Martyna – najbardziej zaradna osoba w towarzystwie, kobieta, dla której nie było rzeczy niemożliwych, wylądowała w miejscu, do którego nie pasowała, w miejscu którego nie lubiła i które nie lubiło jej. Po pierwsze dobijała ją pogoda. Przyleciała do Londynu jesienią i przez całe sześć miesięcy jakie tam mieszkała tęskniła za słońcem, przeklinała deszcz, chmury, i wiatr który wygina parasol. Po drugie wogóle nie mogła się znaleźć w towarzystwie. Polacy byli jacyś opętani pieniędzmi, pozbawieni barw, nudni, Anglicy zaś krzykliwie modni, pretensjonalni i z innej planety.

Martyna upiła kilka łyków rozpuszczalnej kawy. – Pewnie tak na prawde wszystko było dobrze i z Polakami i z Anglikami – stwierdziła koncyliacyjnie w myślach. – Może gdyby częściej świeciło słońce, a praca była ciekawsza to i ludzie wydaliby się bardziej sympatyczni?
Własnie, praca. Po trzecie (choć wcale nie najważniejsze) Martyna niecierpiała swojej pracy w Londynie. Całe sześć miesięcy przepracowała w Starburcksie przy Tottenham Court. Na początku bardzo się ucieszyła. Praca w ulubionej kawiarni była całkiem dobrym startem. Ale później okazało się, że czym inny jest zatopienie się na pół godziny w wielkim fotelu z kubkiem apetycznie wyglądającej mokki, a czym innym jest sprzedawanie nieskończonej ilości naróżniejszych kaw, gorących czekolad, kanapek, sałatek i cholera wie czego jeszcze. Przygotowywanie i sprzedawanie przez cały dzień, tydzień, miesiąc, przez sześć miesięcy...

Regularnie wracała do domu z gigantyczną migreną wywołaną nieustannym hałasem jaki panował w kawiarni. Po nocach śnili jej się ludzie, którzy marudzili, że wlała do ich kawy nie takiego syropu jaki chcieli, że kanapka jest nieświeża, a sałatka wygląda jakoś tak... smutno. – Trudno żeby nie wyglądała smutno, jak tak ciągle pada! – krzyczała przez sen, budząc przy tym swojego partnera. Z czasem, zaczęła uważać wszystkie te kawy za przejaw czystego snobizmu i ewidentny przykład sztucznego kreowania potrzeb konsumenckich.

- Szanowni Państwo – w głośnikach odezwał się głos pilota – za piętnaście minut lądujemy w Warszawie. Proszę zapiąć pasy...

Martyna dopiła resztkę zimnej kawy i wyjrzała przez okno – nad Warszawą świeciło słońce. – Może nie będzie tak źle? – pomyślała, patrząc na swoją trzypunktową listę, na której oprócz postanowienia dotyczącego kawy widniały jeszcze dwa:

1. Jeśli rozwiązywanie problemów, to tylko własnych.
2. Jeśli facet, to tylko o osobości silniejszej niż moja.

***


Carla trzymała właśnie w dłoni małego kamiennego skarabeusza i już otwierała swe piękne usteczka by o niego zapytać, kiedy zadzwonił telefon. Paweł rzucił się w jego kierunku, razem z patelnia i smażącą się na niej jajecznicą.

- No i jak ta lalka? – usłyszał w słuchawce głos Maćka.

- Hmmm... Eeee...

- Ja nie moge! Ona tam jeszcze u Ciebie jest, tak?!

- Nooo... – wyjąkał Paweł.

- Nieźle stary. – w głosie przyjaciela podziw mieszał się z zupełnym zaskoczeniem – Byle Ci to tylko w krew nie weszło, bo to drogi interes. Nie dla takich jak my.

Paweł chciał zapytać jaki interes (i dlaczego drogi), ale Maciek się rozłączył.

Brak komentarzy: